Start
Mistrzowie pióra

Bo mi tak ciągle ręce latają.

 

Często przychodził w zarośla pod wiaduktem. Miał tam swój ulubiony gąszcz zwichrzonych traw, w których chronił swoją płową czuprynę przed codziennością. Odwiedzały go często mrówki i biedronki,  traktował je jak przyjaciół. Jego ulubionym zajęciem po pokonaniu drogi ze szkoły było oglądanie nieba. To był dobry punkt. Samoloty przelatywały z częstotliwością pięciu, siedmiu minut, rysując niebo białymi ogonami. „Porozumiewają się ze mną” – myślał. Był przekonany, że chcą mu coś przekazać. Wielokrotnie zastanawiał się, jakie to znaki…ale... Jeszcze nie czas. Szare komórki potrzebują zdecydowanie więcej podniety, by porozumieć się z niebem. Ulubionym kolorem jego tajemnicy była zieleń. Soczysta. Świeża, intensywna, przełamana delikatnym słońcem. Drżące trawy łaskotały go w ucho, ale on odczytywał to jak łagodną pieszczotę czyichś dłoni pełnych troski i ciepła. Czasami sam źdźbłem trawy wymachiwał sobie przed nosem, po nosie, pod nosem, by poczuć dotyk delikatnego meszku. 

Był świadkiem kłótni dwóch kretów, które weszły sobie w drogę, widział jak z pobliskich mokradeł spacerowały w jego pobliże stadko żab, nie podeszły za blisko, suche liście nie są ich pierwotnym środowiskiem. Zauważył również małą jaszczurkę – wystraszył się, ale ona chyba też była wielce zdziwiona widokiem wielkich fiołkowych oczu, które co rusz zmieniały kąt spojrzenia, by zobaczyć ją z każdej perspektywy.

Nie chciało się wracać do domu, ale musiał. Mama nie będzie zachwycona, gdy minie 17.00. Wtedy zawsze wychodzi z jego małą siostrzyczką na spacer, gdy dni są ciepłe. Mama też ma swój kolor. To brzoskwinia. Pokryta krótkim włoskiem, delikatna w dotyku, krągłych kształtów z przyjemnym miąższem wewnątrz, który oblewa palce podczas jedzenia. W domu nie ma miejsca, a nie może wychodzić wcześniej, bo opiekuje się schorowaną babcią. A potem wraca też ojczym. Wraca i kolor domu zmienia się. Granatowo drży powietrze, od czasu do czasu przecina je błyskawica ostrych słów.

Cicho. To dobrze. Otwiera powoli stare, odrapane przez sukę, wypaczone przez deszcz i śnieg drzwi. Słyszy, jak babcia pochrapuje cicho, więc by jej nie obudzić na palcach przechodzi do małej kuchni i sięga po kromkę chleba. Już dawno zapomniał, co jadł na obiad w szkolnej stołówce. Wszedł do pokoju. Położył plecak w swoim kącie i zauważył siostrę, która  ślęczała nad książkami. Ich oczy spotkały się na chwilę. Położyła palec na ustach, który oznaczał zachowanie ciszy. Na tapczanie po przeciwległej stronie spał ojczym. Już po smaku powietrza w dusznym, choć obszernym pokoju poznał, co „jadł” na obiad. Lepiej go nie obudzić. Nie pozostało mu nic innego, jak wyjść jeszcze na dwór i skorzystać z łagodności jesiennej aury.

„ Nie będzie dobrze, jak mama dowie się, co stało się w szkole” – pomyślał. Ale to nie do końca jego wina. Nikt nie będzie mówił do niego „debilu”, nawet gówniarz z trzeciej klasy. Ręka sama mu poszybowała w stronę twarzy skrzywionej w drwiącym uśmiechu. I o co tyle hałasu? Tyle powtarzają o szacunku wobec siebie, że powinni go zrozumieć. Powinni, a nie rozumieją. I z nikim nie można na ten temat pogadać…wracam „do siebie”. Skierował się w stronę wiaduktu. Kolor powietrza nabrał rumieńców i owiewany przez jeszcze ciepły wiatr położył się, by znów rozszyfrowywać plączące się dymy samolotów.

Nie minęło może pięć minut, gdy usłyszał jakieś kroki i ściszone głosy. Nie wychylał się by zobaczyć, kto to taki. Jeszcze mocniej przytulił się do ziemi. Poczuł jej brunatny oddech. Wiedział, że jest bezpieczny.

- Tu nikt nas nie zobaczy.

- Jesteś pewien?

- Już obczaiłem. Nikt tu nie przychodzi. Za duże zarośla, za dużo robaków. Nikt o to nie dba.

Głosy ucichły i usłyszał uderzenie butelek. Potem charakterystyczny psyk, który zwiastuje boski napój ochlaptusów spod sklepu. Krótkie gul.

- Dobrze, że nie chciał od nas dowodu.

-Następnym razem musimy kogoś zbajerzyć, by nam kupił, bo w końcu ktoś nas przyłapie.

- Nie pękaj, to nie koniec świata! Dwa piwa...

- Niby nie…

Rozróżnił głosy. Chłopak i dziewczyna. On – starszy, bo głos był basem, pewny i zdecydowany. Ona – młodziutka, bo pobrzmiewał w głosie niepokój. Bał się zidentyfikować postacie, by samemu nie zostać zauważonym. Przychodzili przez kilka dni. On przekonywał ją, że nie robią nic złego. Ona nie do końca była o tym przekonana. Chyba nawet się całowali, bo słyszał cichutkie mlaśnięcia i przyspieszone oddechy. Nie potrafił zidentyfikować koloru. Nie znał go. Tylko raz przez przypadek dotknął ustami twarzy dziewczyny, gdy podczas przepychanek z kolegami wylądował wśród koleżanek. Śmiali się potem z niego przez resztę dnia, że zakochał się w Julce. Ona się złościła, a jemu to nawet pasowało. Dziewczyna miała jasną, usłaną piegami cerę i błyszczące brązowe oczy. Ale jego nie lubiła.

Był klasowym urwipołciem, przez którego cała grupa rówieśników wiecznie miała przerąbane. Bo jemu tak ciągle te ręce latały…Nie pamiętał skąd to się wzięło. Urodził się chyba z tym. Jak tylko sięgał pamięcią to mówiono na niego „czyste srebro”. Że niby taki ładny, szlachetny, błyszczący? „Błyszczał” agresorem w swoich oczach. Wielu zastanawiało się, że taki ładny jak dziewczynka, oczka duże, a złośliwy taki…to było silniejsze od niego. Widział ciągle grożący palec matki, krzyczącego ojca? (jakoś potem po awanturze z pobitym kotem szybko zniknął), zdenerwowaną babcię. Kochał ich.

Mama czasami, dawnej, dawała mu buzi. Na dobranoc. On rękawem pidżamy mocno się potem wycierał, ale nie dlatego, żeby zrobić mamie przykrość, nie lubił wilgoci na twarzy. Mama chyba nie zrozumiała, bo potem tylko głaskała go na dobranoc, a w efekcie nawet tego nie robiła, bo urodził się brat, a potem siostra, a potem to on już miał 10 lat, więc to siara, obciach, by mama głaskała. Tym razem w domu nie było cicho. Siostra prowadziła z mamą głośną rozmowę:

- Ja potrzebuję tych 20 złotych. Cała klasa jedzie do kina, a ja znów mam zostać? I tak już wszyscy wiedzą, że biedni jesteśmy.

- Nie mam córciu – usprawiedliwiała się matka. – Jak tato przyniesie wypłatę to ci dam, może masz od kogo pożyczyć?

- Znowu?

Wszedł do pokoju.

- Buty! – krzyknęła siostra. - Myłam przed chwilą!

Zdjął posłusznie i przysiadł na krześle przy stole. Nie wiedział, co robić. Uczyć się? Bez sensu. Czytać? Po co? Może uda mu się choć trochę wejść w internet, by pograć. Siostra dostała w nagrodę w jakimś konkursie matematycznym. Ale chyba nie było szans. Ojczym rozejrzał się wokół i szturchnąwszy wózek z maleńką od razu zajął miejsce zwolnione przez siostrę.

- Węgiel trzeba zwalić do piwnicy – przypomniała mama, zwracając twarz w stronę mężczyzny.

- Młody się nudzi. Ja tu zarabiam pieniądze.

Młody nie czekał dłużej. Wyszedł trzasnąwszy drzwiami. Zbliżał się wieczór. Wieś na końcu świata pogrążała się w błogim odpoczynku. Słyszał szczekanie psów, miauczenie kotów, ale najbardziej fascynowały go kolory, które głaskały szczyty niewielkich pagórków wokół. Żółty – podobny do kwiatów pęczniejącego słonecznika, czerwony horyzont płonący ze wstydu na myśl o tym, że przyjmuje pocałunki gasnącego słońca i bladoniebieski - dywan, na którym  rozpościera się droga gwiazd.

Usiadł przy bramce na boisku i wpatrywał się w gasnący dzień. Zamknął oczy. „ O, ręce mi nie latają” – ucieszył się. Samemu jest dobrze. Cicho. Mama jeszcze nie wie o awanturze w szkole. Może wychowawca zapomni. Ale on nie zapomina…niestety. Fajny jest. Jeszcze takiego nie mieli. Młody chłop. Chyba jeszcze nie ma żony. Uczy plastyki. Mówi o sztuce, o artystach, którzy zmienili świat…on chciałby zmieniać świat. Ale jak nabroi to twarz zwykle pogodnego nauczyciela nie jest miłą. Krzyczy.

Kiedyś sam powiedział do niego, żeby tak nie wrzeszczał, ale wysłuchał, co ma do powiedzenia, bo nie zna sprawy z jego strony. Nie chciał słuchać, więc wyszedł trzasnąwszy drzwiami. Tamten wybiegł za nim i postawił go pod ścianą. Wysłuchał. Od tej pory rozmawia z nim. Nikt inny, tylko on. Inni krzyczą. Pokazał mu program do grafiki komputerowej. Spodobało mu się. Chciałby coś w ten sposób porysować, ale nie ma jak. Szkoda mu tego nauczyciela, bo on nic na to nie może, że mu się agresor włącza. Ktoś puknął go w ramię. Siostra. Poszli do domu.

Śpi na „piętrze”. To znaczy jego brat na dole, a on do góry, bo starszy, a mały ciągle jeszcze ma owsiki w dupie, jak mawia babcia i jak wiatrak śpi w nocy. Strach, by nie spadł. W nocy budzi go brzęk tłuczonego szkła. Odgłosy dochodzą z kuchni. Nie słychać słów, tylko posapywania i jęki. Jakiś „plask”. Jeszcze tylko „kurwa” i cisza. Odgłos czajnika z gotującą się wodą. Zasnął.

Dowiedziała się. I znów: „dlaczego mi to robisz, dlaczego ja się za ciebie muszę wstydzić, mam tego dosyć, jak można kolegi głową walić w parapet…” Próbował coś tłumaczyć, ale zniecierpliwiona przerwała:

- Zawsze mi coś obiecujesz i nic z tego nie ma. Skończysz jako łopaciarz. Dlaczego twoja siostra może dobrze się uczyć, stara się, a tobie tylko awantury i bijatyki w głowie? Co ja mam z tobą zrobić? Wiem, że się nie przelewa, ale głodny nie chodzisz. Obdarty nie jesteś. Co do cholery ciężkiej mam zrobić, żebyś się zmienił?

Nie chciał jej słuchać. Nudził się. Przewracał oczami, co jeszcze bardziej wyprowadzało ją z równowagi. W końcu dostał z liścia. Nie pozostał jej dłużny. Wybiegł, trzasnąwszy drzwiami.

Kiedyś taki nie był wobec matki. Bał się. Ale ona się tylko zawsze rozpłakała i nie ponosił za to żadnych konsekwencji. A ojczym nawet uśmiechał się pod nosem, jak on tak na nią wrzeszczał. Ręce mu nie latały, ale coś w środku drżało, jak podnosiła na niego głos. Nie pamiętał, dlaczego tak się czuł. Ale wiedział, że to drżenie towarzyszy mu od dawna. Zauważył, że czasami zmienia się w wewnętrzny krzyk. Z twarzy odpływa mu krew, staje się potwornie blady i mimo twarzy cherubinka wszyscy wiedzą, że wtedy lepiej mu nie wchodzić w drogę. A jak słyszy, że znów czegoś nie umie, to rzuca, czym popadnie. A po co mu to?

Jak dobrze wcześnie rano pospacerować. Przegrzebać nogą liście i podrzucać je czubkami butów. Patrzą w jego stronę, pokazują palcami. Przyzwyczaił się. Już wie, że nie ma się co zastanawiać – co ludzie powiedzą. Babcia zawsze mówiła – ludzie ci jeść nie dadzą. A dali. To jak to jest? Dbać o ich opinię, czy nie? Nie rozumieli go. Nie znali. Nie chcieli poznać. A on ma w środku paletę barw. I może wielu ludziom wiele dobrego dać. I zwierzakom też.

Po epizodzie z kotem, kiedy go z kolegą podpalili i zadyma była, już teraz inaczej traktuje zwierzęta. I nie, żeby zrozumiał. Nie zrozumiał. Kiedyś pewien żul, który po sklepem delektował się szczynami prosto z butelki wziął go za bety, bo nie pozwolił sobie ubliżać. Musiał z nim iść. Miał 7 lat, był chudy jak przecinak, a tamten złapał go za koszulę na karku i zaniósł do swojej piwnicy. Tam zrobił mu pranie mózgu. Że zwierz eta to przyjaciele człowieka i takie tam. Ale nie to poruszyło w nim emocje. Wychodząc od starego spojrzał na psa, któremu ten dawał jeść. I popatrzył w oczy zwierzęcia. Nie do uwierzenia! One mówiły. O potrzebie bycia z kimś. O pragnieniu opieki. O przywiązaniu. Nigdy już potem nie widział takich oczu u zwierzęcia, ale pamiętał cały czas ten kolor „mania” siebie.

Bo czym jesteśmy sami? Otacza nas cisza, owszem zbawienna, kiedy wracamy z rozkrzyczanego świata. Jednak kiedy pełen rozmaitych emocji świat dawno opuściliśmy to pozostaje nam odbicie w lustrze. Nie ma to jak pozostawać w inteligentnym towarzystwie…ale czasami …brakuje…dotyku. Kto go dotykał? Mama….dawno temu…tata jak konsekwentnie czynił go mężczyzną w wieku 3 lat…kumple…silniejsi…a potem już nikt. Od kiedy? Od kiedy te nieszczęsne ręce nie trzymały się tułowia?

Jego azyl był zajęty. Znowu przez tę parę. Było już ciemno. Przyczaił się pod wiaduktem. Czekał. Może sobie pójdą? Nie zamierzali. Nagle usłyszał krzyk. Krótki. Minęły może 3 minuty i ukazała się sylwetka chłopaka, który rozglądając się, uciekł. Podejść? Zobaczyć? Bił się z myślami. Ale był ciekawy, co stało się z dziewczyną. Zainteresowanie przeważyło. Gdy ją zobaczył już wiedział. Mama czasami tak wyglądała, gdy przez przypadek w nocy wszedł do kuchni i zaspany szukał czegoś do picia. Najbardziej dziwiło go to, że były siniaki na twarzy, dużo łez i bezsilność. Dlaczego? Słyszał, że seks jest przyjemny. W filmach inaczej to wyglądało. Próbował umieścić te emocje w kolorach. Czerwony – nie, zbyt pozytywny, czarny…w ogóle nie pasował…lilaróż…ze względu na kolor siniaków?

Wstała i powoli ogarnęła swoje ubranie. Pogłaskała rozmierzwione włosy drżącą ręką, jej palce zdawały się być sine i ledwie pociągnięte skórą, która lada moment mogła się rozerwać jak lichy papier. Obserwował jej usta, uchylone, wilgotne, rozerwane prawdopodobnie od uderzenia, były nabrzmiałe jak dojrzała brzoskwinia.  Nektaryna. Bo twarde. Odeszła.

Wrócił zapach brunatnej ziemi i kolor zasypiającego nieba. Było tak cicho. Jak to jest? Mężczyzna i kobieta. Podobno połówki jabłka. Adam i Ewa. Gdzie ten raj? Przereklamowany?

Babcia opowiadała o dziadku, że był od niej o 20 lat starszy. Dlaczego za niego wyszła? Rodzina kazała. Czasy wojny. Służba w Niemczech. W domu bida z nędzą, więc ojce zdecydowały, że wyjdzie za Stacha, który miał ziemię i dom, wtedy to burżujstwo było.  Babcia stała się własnością dziadka. Robił co chciał, w wolnych chwilach nawet cerował…żart taki. Ćwiczył żonę ile wlazło, a że przy okazji smakowało mu to, co zgubiło czerwonoskórych obywateli Ameryki, szybko się chłop uwinął na tamten świat. Babci zostało powiedzenie: chłopu dasz wszystko masz i uprzedzenie do ludzi, którzy nigdy jej nie pomogli. Wyglądała jak mama w kuchni? Jak ta dziewczyna?

Kiedyś podsłuchał, jak płakała, rozmawiając z mamą. Nic z życia nie miała oprócz roboty. Ominęło ją szczęście, które zostawiła w Niemczech. Chciał się z nią żenić jakiś Niemiec. Ale…co rodzina by na to powiedziała?! Z wrogiem narodu? Zdrada! Czasy takie były. A silna psychicznie nie była. Z biedy na służbę nauczona harowania robiła nad siły i w domu i u bauera, żeby zarobić jak najwięcej. Jedyne, co się jej udało to to, iż gospodarz jej nie zgwałcił. Wszystkie z nim szły. Dostawały potem prezenty, a ona nie chciała prezentów i nie chciała dupy dawać. Wiedziała, że to skarb być dziewicą.

Niewiele z tego rozumiał. Słuchał najchętniej takich opowieści sensacyjnych jak ta, którą bardzo dokładnie pamięta. Córka bauera została zabita przez męża, oficera, stacjonującego w Polsce. Rzadko przyjeżdżał. Nie mieli dzieci. Był bardzo zazdrosny. Więc ona zaszyła się w domu i najchętniej czytała książki. A że nie zajmowała się też domem, bo mieli służbę, więc często jeździła konno i chodziła z psem na spacer. Pewnego dnia, gdy mąż wrócił po kilku miesiącach, chciał, by spełniła swój małżeński obowiązek. Spełniła, ale poprosiła o zgaszenie światła. Sytuacja się powtarzała. Ale mąż znów wyjechał. Kolejne zbliżenie było tragiczne w skutkach. Nie chciał zgasić i obejrzał sobie żonę. Cała podrapana. Zdziwiło go też, że pies ciągle wył. Domyślił się natychmiast, co świeciło się w jego sypialni. Zabił żonę, psa, siebie... Kochał ją. Zazdrosny był.

Lubił takie opowieści, z dreszczykiem. Ale babcia mówiła, że za młody jeszcze jest na takie zberezieństwa.

- Sierściuch  z ciebie! Do książek, a wartko! – machała zniecierpliwiona, gdy ją nagabywał.

Tłumaczyli jej, że dojrzewa, że trzeba z nim „o tym” porozmawiać…i na tym się kończyło.

Identyfikował kolor  tego uczucia. Żaden mu nie pasował. Nie poruszał się w wyrafinowanych barwach. Wiedział, że są barwy podstawowe i pochodne. Te pierwsze to czerwony, żółty i niebieski, a pochodne powstają w wyniku ich połączenia: żółty i czerwony daje pomarańczowy, żółty i niebieski  - zielony, a czerwony i niebieski to fiolet.  Kojarzył z owocami i innymi elementami natury. Było mu łatwiej: cytryna i jabłko to pomarańcza, cytryna i niebo to trawa, a jabłko i niebo to bliżej nieokreślony fiolet.  I ten kolor mu się nie podobał. To kolor siniaków mamy, to kolor, który pobrzmiewał w opowieściach babci, to zapach zakrzepłej krwi. Budził w nim emocje, które marszczyły mu brwi i powodowały, że miał stalowe oczy. Oczy, w których błyszczały sztylety. Uciekał wtedy od siebie. Nie lubił tego uczucia.

Pierwszy raz poczuł smak krwi, gdy ojczym przećwiczył mu ucho i policzył wszystkie mięśnie kablem od żelazka. Obudził się na podłodze, a krew spłynęła mu do ust. Cierpko. Gęsto. Ciemno. Od tamtego wieczoru spał z zaciśniętymi pięściami. Tak na wszelki wypadek.

- Chodź do mnie na chatę – zaproponował Daniel znienacka.

Dziwnie było w jego domu. Nagrobki na podłodze, drzewa na ścianach, zapach skóry w garażu, sokowirówka…uwielbiał smak soku z ziemniaków. Nie wiedział, że taki sok jest. Któregoś dnia mama Daniela zaproponowała im całą gamę soków. Spróbował wszystkich. Dziwnie na niego potem patrzeli, może miał czerwone wąsy od buraczków? Ale sok z ziemniaków to smak żyznej oddychającej trawą, zbożem i kwiatami ziemi, która przytuli, gdy trzeba się ewakuować z domu. Kolor siny. Taki jak zielone kluski. To znaczy pyzy, ale takie inne, nie tylko z gotowanych ziemniaków. Są tam też starte kartofle i jajko, i mąka, dwa rodzaje nawet. Kiedyś pomagał babci je kulać, jak jeszcze babcia coś potrafiła zrobić. Były smaczne z sosem grzybowym. Zbierał kurki. Tylko te grzyby były dla niego pewne. Pycha.

Ale tym razem nie było w domu Dawida nikogo i na sok nie było szansy. Pooglądał nową grę kolegi i nowe plakaty. Jakiś wampir, kropla krwi na wystających kłach – banał. Kto wierzy w takie stwory? Kiedyś oglądał horrory, ale przestały go zajmować, gdy zauważył, że ciągle ten sam schemat: dobro walczy ze złem i dobro zwycięża. Jakoś tak trafił. Dobro zwycięża?

Ta myśl nie dawała mu spokoju. Smak soku z ziemniaków już dawno przepadł w pamięci. Pojawiło się wewnętrzne drżenie i świat zrobił się granatowy. To nie były chmury.       To była jego aura. Do domu biegł. Zdyszany pchnął wypaczone drzwi i wpadł do pokoju. Do babci przyjechało pogotowie i ojczym wrzeszczał do mamy, żeby ta stara już wykitowała, bo zabiera mu powietrze i przestrzeń do życia. Jaką? 30 metrów kwadratowych? Mama oczywiście bez sensu krzyczała do niego stereo, więc nikt nikogo nie słuchał – raczej wszyscy się obrażali. Siostra wyszła, biorąc maleństwo kwilące w łóżeczku, bo się obudziło.

On sam też nie chciał zostawać. Zresztą ojczym wrzasnął do niego:

- Won mi stąd!

Kiedy miał wrócić, nie powiedział. Wyszedł, ale zastanawiał się, jak mama sobie poradzi. Bardzo schudła. Mało się uśmiechała. Była bardzo niecierpliwa i nigdy nie chciała z nim porozmawiać.

W azylu przesiedział do późna. Wrócił, jak wszyscy spali. Powietrze było ciężkie i duszne. Zasnął w opakowaniu. Obudziło go nagłe szarpnięcie. Pochylała się nad nim czerwona twarz zaspanego i przepitego mężczyzny – tego samego, który ćwiczył jego matkę.  Wrócił cierpki smak krewi.

Wziął go ze sobą, bo samemu nie chciało mu się pójść po papierosy do CPN-u. Zobaczył  tam tę samą dziewczynę, która upokorzona w jego azylu uciekła od świata. Stała z plecakiem, paliła papierosa i mizdrzyła się do faceta w samochodzie z niemiecką rejestracją. Ten jedynie patrzył na jej młode jędrne uda, które skąpo przykryte spódnicą kusiły młodością. Pojedzie z nim? Dlaczego nie?

Potem nie mógł zasnąć. W kuchni tłukła się obudzona mama, maleństwo i kopcący skurwiel.

Trzaskały mu palce, które ściskał pod kołdrą. Nie opuszczało go granatowe ciężkie powietrze. Teraz to chciałby nawet, by go mama pocałowała. Nie wycierałby się kołdrą. Ani rękawem. Brzoskwinia jest smaczna, jej skórka tak aksamitna. Trzask. Co to było? Siostra otworzyła oczy i zaspana ogląda się po pokoju. Trzask. Wyjść? Zostać pod kołdrą? Trzask. Wytrzymał. Jeszcze raz.

Rano nie zjadł śniadania. Babcia poprosiła go, by poszedł po zakupy, bo źle się czuła, a chciała pomóc mamie, bo maleństwo niedomagało. Siaty nie były mu obce, ale dogadał się z kumplami, że spędzą sobotę kopcąc i klnąc. Może coś skubną na niedzielę…

Pomamrotał coś o „dupie” i „pierdołach”, i poszedł po zwyczajną na bigos. To jego ulubione żarcie, babcia wiedziała o tym, gdy podawała mu 20 złotych, bo miękko dotknęła jego dłoni, wkładając mu banknot. Reszta była jego, ale jak to zrobić? Żaden majątek, a ta baba w sklepie patrzy mu na ręce od czasu, gdy zawinął wagon cygaret. A zaczęło się od jabłek. Potem pojedyncze małe produkty, a potem to już tak się ośmielił, że patrzył jej prosto w oczy, a ręką zawsze po coś sięgał. W końcu go przyłapała. Założyła monitoring i …szlus. Policja, krzyki, sąd, krzyki, dom, rżnięcie. Na dupie też kolory. Od szaro-granatowych po żółte, jak mijał czas. E tam. Nie ćwiczył tylko wtedy na wuefie, bo pręgi były widoczne na nogach, gdy zakładał krótkie spodenki, a dresów nie miał.

Dostał ochrzan, że pali. Mama wyczuje, mimo że ojczym też pali.

-        Nie za twoje, odczep się – odburknął.

-        Niewdzięczny, niedobry, opryskliwy, nie dba o rodzinę, nie zajmuje się rodzeństwem – użalała się pod nosem.

Jak ma się zajmować, skoro zawsze coś spieprzy. Poszedł z sierściuchem na boisko, mały złamał rękę. W skórę dostał „opiekun”. W sumie nieważne, że się gówniarz pobił z takim jednym, co go od niemrawych wyzywał. Większy był i silniejszy.

Wziął maleństwo na spacer. Wyglądał śmiesznie, koledzy pokazywali go palcami i nawalali się, ale on tylko wzruszył ramionami. Stanął przy piaskownicy z wózkiem i bujał, bo wrzeszczało. Tak bujnął, że mała wyleciała buzią do piasku. Chwycił ją na ręce. Zanosiła się i myślał w pewnym momencie, że nie oddycha. Tak mocno ją przytulił, że poczuł zapach mleka i niewinności, bezradności i potrzeby opieki, zapach siostry, dotyk nowego kocyka. Pobiegł na plebanię, było najbliżej. Ksiądz włożył małej palca do buzi, wyciągnął piasek i dziewczynka odzyskała oddech, dał jej też mleka, by resztę piasku usunąć, ale mamie musiał powiedzieć. „Opiekun” dostał w skórę.

Nie dostawał więc już takich zadań specjalnych. Miał inne. Rozwalał mandarynki na ścianie w szkole. Fajnie leciały i rozbryzgiwały się na świeżo pomalowanej ścianie. Teraz już uważa i broi tam, gdzie nie sięgają kamery. Śmiechu było co niemiara. Oczywiście podejrzewali go, ale nie mogli udowodnić. Że jedzeniem rzuca, że nie szanuje. No i co. Dobry pocisk wart rzutu i efektu. Smutno było na półpiętrze.

Banany też się przydały. Wyglądały na ścianach i korytarzu jakby ktoś porzygał dookoła. Miny tych od szczotek…warto było. Posprzątał, bo było za dużo świadków, ale zapchanego skórkami kibla już mu nie udowodnili.

Słuchał kiedyś takiej pogadanki: złe łatwe, dobre trudne. Nie był przekonany, czy to prawda. Przecież niewiele go kosztuje, by dać psu jeść, a to chyba czynność ta z tych dobrych.  Jeden z pierwszaków chciał wejść na parapet to mu pomógł i co? Znowu kazanie, bo mały mógł spaść i zrobić sobie krzywdę, a on jest na tyle starszy, że powinien wiedzieć o konsekwencjach. Wiedział, ale mały chciał i nawet kopnął go, gdy ten nie chciał, co było robić?

Bigos super. Zjadłby więcej, ale potem śnią mu się koszmary. Lubił w nim grzebać. Wkurzało to tego od kasy, ale on  w ten sposób delektował się daniem. Każdy kawałek mięsa żuł długo i dokładnie, by został smak w ustach, a kiszona kapusta jeszcze zwiększała jego apetyt, gdy babcia dołożyła jak do pieca pomidorowego sosu. Mógł to nawet jeszcze polać keczupem. Ten czerwony kolor to sytość i błogość.

Siostra znowu wygrała jakiś konkurs. Jak ona to robi? Chce jej się? Co prawda stoczyła wojnę z „zarabiającym pieniądze” o prawo do komputera, bo warunkiem uczestnictwa była prezentacja na jakiś tam temat, a ten jak na złość przez tydzień wpieprzał zupę chmielową i wydawało mu się, że  komputer to też jego zasługa. Siora się popłakała, ale w końcu pierwszy raz od wieku mama stanęła po jej stronie. Przewalczyły, za to w nocy kuchnia znów była pełna kałuż.

Siora miała nawet chłopaka. Sama nie była śliczna, ale jej duże czarne okrągłe oczy z szerokim daszkiem rzęs spodobały się Maćkowi, klasowemu kujonowi. Rok młodszy, ale bardzo ambitny. Odprowadzał ją do domu, a potem to nawet kiedyś widział, jak trzymali się za ręce. Nie zaprosiła go do domu, nigdy nie wpuściła za próg. Dlaczego? Jego koledzy wchodzili i dziwili się, że na takiej powierzchni można mieszkać. A co.

Ale Maciek inny był. Kiedyś do domu przyszedł i przyniósł siostrze bukiet stokrotek. Nie mogła się tym nacieszyć. Babcia go zaprosiła do stołu. Pogawędziła z inteligentem o czasach drugiej wojny światowej. Poopowiadała, jak to tylko 4 klasy podstawówki skończyła, a we wsi robiła za najmądrzejszą z tematu rabatek kwiatowych. Uwielbiała malwy i słoneczniki. Nieraz dostawał w skórę, kiedy to, pamiętając jej opowieści,  nie pozwolił im dojrzeć tylko zerwał na bukiet i przyniósł babci. A ta w nagrodę ścierą przez głowę.

Teraz śmiał się z tego, ale chyba miał coś z babci. Jego rogata dusza była kolorowa.  Nawet uczulenia na pszczoły nie miał. Siostra musiała dbać o to, by ją nie ugryzły, a jemu babcia nawet stawiała pszczoły tzn. łapała i specjalnie przystawiała w bolące miejsce. Ból przechodził.

Potem pokazywał to kolegom. Nawet starsi byli bardzo zdziwieni, że to wytrzymuje i nic mu nie jest. A on opowiadał, że jak pszczoła ukłuje to żądełko wsysa się w skórę i zostawia dobroczynny jad, który niweluje uciążliwy ból. Potem odpada, choć czasami trzeba pomóc.

Był też świadkiem, jak babci stawiano pijawki. Siostra uciekła. On przyglądał się od początku do końca. Chude jak zapałki przystawiano do skóry, one chwytały swoją „paszczą” i już nie puszczały. Po jakimś czasie robiły się grube i odpadały. Nawet nie trzeba im było pomagać. Zostawiały w ciele chorego człowieka substancję wzmacniającą. Pomogły babci? Może trochę. Na drugi dzień zrobiła placki ziemniaczane. Pycha! Najpierw pomógł jej uskrobać kartofli, potem trzeć, a nawet ubabrany w tłuszczu pomagał piec. Potem uczta. Leje się tłuszcz po rękach, cukier chrzęści w zębach, chrupie skórka. Babcia wie, co dobre. Ona jedna umiała z nim rozmawiać. Choć czasami zastanawiał się, czy go słyszy. Kiwała głową, że rozumie, ale nie komentowała. Nie opowiadał jej o kradzieżach i bójkach, ale o głupich nauczycielach, którzy mu nie wierzą i będąc na czarnej liście, łapie za to, co zrobił i za to, co zrobili inni, bo idzie na jego konto.

Siora umówiła się z Maćkiem i pojechali razem do kina. Popołudnie pachniało maciejką. Posadzona w ogródku dawała, że hej! Jakaś komedia romantyczna. A że miał dzień dobry dla zwierząt, grał z sierściuchem młodszym w piłkę na podwórku.

Wakacje miały być dłuższe. Za dużo zagrożeń, więc stwierdził, że pójdzie zarabiać kasę, bo jak tak dalej pójdzie to do poprawczaka go zamkną. Za dużo chowa pod bluzą, za często obija tych, co to mu się stawiają.

Ten, co zarabia pieniądze zniknął gdzieś na 3 dni. Przyszli dziwni faceci wypytywać o niego, ale mama nie wpuściła ich za próg domu. Pogrozili, że niech go tylko dorwą...o jakichś długach usłyszał. Potem wszystkie trzy – najstarsze kobiety z domu, najmłodsza najlepiej doiła mleko, do gadki jej było jeszcze daleko, debatowały, o co kaman. Oczywiście wiedział. Ojczym brał wódę na kredyt na CPNi-e, a na dodatek ktoś pokazał mu łatwy pieniądz z kart.

Praca przy budowie nie była łatwa, ale majster, ich sąsiad z naprzeciwka, zatrudnił go do rozrabiania cementu, przesypywania piachu, bądź palenia pod kotłem ze smołą. Znał go od małego i wiedział, że jak chce to potrafi. Młodego co prawda kusił zgromadzony złom, ale jak tylko oczy mu się zaświeciły na widok kupy żelastwa, majster wziął go za bety:

-        Młody, nawet nie próbuj. Mam na ciebie oko. Oby twoje nie stało się wklęśnięte.

Wiedział, jak smakuje jego pięść. Jak jeszcze w pampersie latał – taka metafora wieku przedszkolnego – to z kumplami mu psa kamieniami obrzucał. Nie miał litości, jak ich upolował, a po przekazaniu na łono rodziny iskry sypały się z oczu mamy i zdefiniował pierwszy raz kabel od żelazka. Była ona nadzwyczaj wyczerpująca. Ta definicja. I kolory też wtedy poznawał, rodzaj dotyku się utrwalił. Same plusy.

Przychodził wcześnie rano, jak jeszcze było chłodno, bo czerwiec dawał słońcem i zaczynał od porozkładania narzędzi. Remontowali starą salę OSP. Towarzyszył im zapach benzyny, oleju i brudnych szmat. Dodatkowo pogorzeliska.

Nikt do tej pory nie dowiedział się, kto uskutecznił największy fajer we wsi. Czuł się odpowiedzialny. On i Damian. Dlatego stwierdzili, że muszą pomóc.

Wtedy, w czwartek, nie poszli do szkoły, bo matma była, a facet czepiał się graniastosłupów. Stwierdzili, że niech sam na nie wchodzi i poszli  po cygarety. To był maj, równie gorący. Za nim była noc w azylu, bo w domu nie można było zmrużyć oka. Zmęczony, z jedną kromką chleba zawinął się do szkoły. Czuł wewnętrzny niepokój, wszystko go drażniło, o mało nie dał kopa łebkowi z trzeciej klasy, bo ten coś wrzeszczał o jego mamie. Ale Damian popędzał go, by jak najprędzej zejść z granicy wzroku belfrów.

Papierosy smakowały jak nigdy. Zwinęli jakieś droższe to i smaczek był. W głowie zapanował chaos, przez chwilę odpłynął w błogość, bo głodny i niewyspany. Poklachali głupoty o dziewczynach i właściwie nie wie, co się stało. Ktoś go złapał za pasek i targał w stronę bocznego wyjścia. Nic nie było widać.

Obudził się nad rzeką, z dala od dymiącej rzeczywistości, ale syreny już słyszał. Dobrze, że było ciepło. Wykąpał się w rzece i wrócił do domu. Siora z przejęciem opowiadała, jak to się budynek stary palił, a on tylko zakręcał na palec lok, spływający mu na czoło i patrzył w ścianę. Nikt nie zauważył jego przytępienia. Zawsze taki był, wrócił o przyzwoitej porze, ciekawe, jak to się stało.

Babcia tylko dziwnie na niego spojrzała.

-        Nic nie wiesz? Przecież to twój rewir, wiecznie cię goni te samochody oglądać – nie dowierzała, że to nie jego brocha.

Dlatego, że ona też te kolory w sobie ma. To tak jak z bratnimi duszami. Niby masz na kogoś focha, niby nic cię nie obchodzi, co ten ktoś myśli, a tu nagle słyszysz swoje wnętrze i twój żółty pasuje do jego żółtego, a blu jest bardzo podobne w odcieniu. I stajesz, i wiesz – on, ona mnie rozumie, skąd? Nie wiem, ale kuma czaczę. Z babcią było tak samo. Bigos bigosem, ale odnajdywała jego sekrety i nie miał pojęcia jak to robiła.

Opowiadała kiedyś o bauerze z Niemiec, jak to sobie teorię utkał na temat kłamców. Że  w lewo patrzą, albo w niebo oczy wywracają i on zawsze wie, kiedy cyganią. Babcia spryciula z Kongresówki zawsze prosto w oczy patrzyła spod płowej grzywki i on nigdy jej o kłamstwo nie posądził. Harda, uparta, dumna, ale pracowita, rzetelna i silna jak koń – nie chciał się pozbyć takiej pary rąk.

Nawet kiedyś dziadkowi dupę uratowała. Głodni jak psy wzięli z wędzarni jeden boczek i na dwudziestu podzielili do samogonu po robocie. Jak na byka kartofel to było, ale sztuki brakowało. Wszystkich, co w wędzarni pracowali pod ścianę wziął i spowiadać się kazała, wyrzuceniem z roboty każąc. A gdzie tu potem grosz dla rodziny zdobyć. A że babcia spostrzegawcza była to wykombinowała, że syn bauera, który zajmował się psami, w tym dniu pijany jak bela chodził i psy samopas puścił w nocy. Więc się odezwała w obronie pracujących, że widziała, jak się psy i kawałek mięsa w nocy pożarły. Żaden kawałek słoniny. O kość się chamrały, bo wiecznie głodne chodziły, ale że widać było na nich ślady krwi – gospodarz uwierzył. Jednak z uwagą na babcię spojrzał i jej grzywkę ręką z czoła odgarnął. Długo patrzyli sobie prosto w oczy. Jakby czas stanął w miejscu. Co zyskała uparta Polka? Jej rodak utrzymał stały zarobek dla matki i pięciorga rodzeństwa, ona zyskała jego wdzięczność i miłość dozgonną, pełną paletę barw różnorakich uczących współodczuwania, nienawiści, podległości, bezradności, rozpaczy, przywiązania, przyzwyczajenia...wreszcie ulgi. Po jego śmierci.

On – gospodarz, poczuł, że ma przed sobą bojowniczkę o wolność i demokrację w miejscu, gdzie to w ogóle nie wchodziło w krajobraz wojennych zamieszek. Szwarcbaba - tak o niej mówił i tak zostało do końca.

Babcia miała czuja, tak mówiła mama, która nigdy nie  mogła babci skłamać. Zawsze dostawała w skórę, gdy zaczynała kręcić. Tak jakby na czole pojawiał się napis: „Łże jak pies”.

Tak samo było z nim. Przyjmowała wszystko ze stoickim spokojem, ale nie dawała sobie wmówić dziecka w brzuch. Gdy ich wzrok się napotkał, to mimo jej choroby, chłostała nim niemiłosiernie. Cieszył się, że słabo chodzi, siły nie ma, bo pamięta, jak mama o swoich karach opowiadała. Kabel od żelazka, gruba podeszwa kozaka, liść...co było pod ręką. Teraz mama krzyczy tylko, jest większy od niej, nie podnosi na niego ręki, choć z liścia parę razy o mało by nie oberwał. Uchylił się, a co. Spryciarz.

OSP w remoncie. Chłopaki jak te mróweczki zaangażowane na maksa. Majster zadowolony, jeszcze nic nie zginęło, chłopaki zadowolone, resztki piwa z butelek starszych sączą i wsjo gra. Fajnie byłoby, ale koniec roku bliski i przerąbane. Kolejna repeta. Do ośrodka chcą go wysłać. Opierdolił nauczyciela,  bo się czepiał, i wielkie mi mecyje.             Naubliżał mu, to nie pozwolił sobie. Uczeń ma obowiązki, ale i prawa, tak samo nauczyciel. Statutu nie umie czytać? Niech sobie konstytucję poczyta. „Ty kretynie” nikt do niego nie będzie mówił. Nie chce się uczyć to jego sprawa, ale won mi od mojego debilizmu. Nikt tak do niego nie mówił i nie powie więcej. „Pojebany typ”- usłyszał nauczyciel w odpowiedzi i tyle go zobaczył. Po drodze zwinął kosz z piętra, przyda się sierściuchowi na zabawki, nowy był, a potem petardę z nienawiści do belfrów i gówniarzy, którzy na niego kablują, odpalił. Policja. Fajne babeczki. Młode. Stanowcze. Sympatyczne. Pokiwał głową, że rozumie, przecież dyskutować z nimi sensu nie ma. Postraszyły Psycholem. Już tam był. Dali leki, nawet mili byli, ale co z tego. Ostatnio wyrzucili go, bo się pobił z kolegą, a oni bandziorów trzymać nie będą. I oki. Jemu to nawet na rękę było. Aura tam taka ponura, gęsta, granatowa. Każdy ze swoim bagażem, każdy ze swoim światem. Wszystko w powietrzu na nitkach. I zdawałoby się, że kolorowo powinno być, ale tam to stal dominowała, zimna, ostra, świszcząca...przecinała myśli, uczucia, dzień, zabieg, rozmowę. Komfort był tylko w kiblu, a i to tylko w nocy.

W azylu cichutko, ale znać czyjeś ślady, pety, kapsle, butelek brak, deficytowy towar, każdy dba o swoje. Zawsze to parę groszy. Teraz każdy chytrzy. Nie może nadziwić się mamie, że trzyma tego, co to niby kasę robi, przecież nie robi. Więc darmozjad. On też, kurde, darmozjad, nie zdaje z klasy do klasy problemów całe wiadro, ale on to syn, a tamten to jakiś przymulas. Co z tego, że dziecko mama z nim ma. Tylko je zrobił. Ile czasu mu poświęca? Nic. Bo jak nie zmęczony to napity, jak trzeźwy to wrukwiony, jak spokojny to tumiwisizm. I tak nie ma czasu i tak. Jak się nie obrócisz - dupa z tyłu.

Nawet nie wiedział, kiedy zasnął. Gdy się obudził zobaczył nad sobą gębę jakiegoś typa, cuchnęło mu z gęby, czosnkiem i cebulą

            Chciał się ruszyć, ale nie mógł. Za ręce trzymało go dwóch kolejnych. Tułów gęby pochylającej się nad nim stał na jego nogach. Zaczął się wyrywać, ale nic mu to nie dało. Poczuł tępy ból w boku. Liniowy go kopnął, oddać się nie dało. Przeszperali mu kieszenie, zabrali faje i kopnęli parę razy w brzuch, dostał też piąchą w nos, aby za szybko się nie ruszył.

Mama już spała. Nie wszczynała alarmu, że go nie ma. Często znikał na noc, ale zawsze wracał. Nie zdarzyło się, żeby na drugi dzień go nie było. Wszedł do łazienki i popatrzył na siebie. Rozcięta warga i łuk brwiowy, spuchnięty policzek, zakrwawione włosy. Podniósł koszulę, a tam nie dość, że siniak to ból nie do wytrzymania. Żebra pękły, czy co? Po cichutku chciał wyjść, ale kopnął wiadro. Do łazienki zajrzała siora. Pokiwała głową, już nie raz była świadkiem takiego widoku. Różne odcienie czerwieni i postępujących siniaków przerabiali od małego.

Oboje wyczekiwali w szopie, jak ojciec wracał z pracy.

Siora któregoś dnia przybiegła bardzo zdenerwowana. Wskoczyła do łazienki i długo leciała woda. Nie chciała rozmawiać z zaniepokojoną mamą. Potem nie widział Maćka, ale kręcili się jacyś namolni faceci i pokazywali ją palcem. Nie patrzyła na nich, ale kiedy pojawiali się w zasięgu jej wzroku, odwracała się i przyspieszała. Coś było nie tak. Granatowa chmura, która zwisła nad siostrą wcale mu się nie podobała.

-        Daj jej spokój! - krzyknęła na gościa zarabiającego pieniądze matka. - Czego jej dokuczasz? Nie widzisz, że się uczy i stara się skupić? Uparte bydlę... - szepnęła pod nosem, ale ten usłyszał. Porzucał w stronę mamy, czym się dało i trzasnąwszy drzwiami wyszedł, że niby w tym bajzlu nie ma co robić.

Poszedł za nim. Dobrze, że było ciemno. W powietrzu unosił się zapach palonych pęcin ziemniaczanych. Lubił to. Znak, ze jesień pełną gębą. Pełną miał też ojczym, który dopadł się do siusiek zwanych piwem i wytrząsał na swoją rodzinę, która nie daje mu żyć w trzy pary uszu moczymordów podobnych do niego.

-        Ale pasierbicę to masz całkiem niezłą – odezwał się jeden z ospą na twarzy. - Mój chłopak opowiadał, że świetnie całuje, z języczkiem.

Staremu zawrzało pod czachą. Porwał się z krzesła i pędem pobiegł do domu.

Nie wchodził. Słyszał tylko wrzaski:

-        Ty mała kurwo! Z kim się obściskujesz!?

-        Czego od niej chcesz? O co chodzi?!

-        Niech ci sama powie, co o niej mówią?

-        Kto mówi? Przecież dziewczyna dobrze się uczy...

-        Dobrze się nauczyła! Dupy dawać!

-        Co ty pierdolisz? Jakiej dupy? Kto ci bzdur naopowiadał?!

-        Niech ci sama powie!

Ale nie powiedziała. Chlipała w kącie i tak się zaparła, że żadne klaskanie po twarzy jej nie zmusiło do przemówienia.

Wrócił bardzo późno. Zastanawiał się, czy nie iść do Maćka zapytać, co się stało, ale jego od paru dni nie było w szkole. W końcu zdecydował się na azyl. W szopie miał starą watówkę, wziął więc ją pod pachę i pomaszerował.

Cisza jak zawsze. Dymy z ognisk przygasały, miał w ustach smak pieczonego kartofla. Ojciec zawsze piekł z nim, gdy obrabiali pole na kartoflisku. Gówniarz był z niego, ale pamięta. Rękami znosił to, co pozostało po wykopkach, chętnie rozpłaszczał pozostałe stonki i miał nieziemską radochę, gdy skwierczały w ogniu. Nigdy nie chciał wracać do domu, ale wtedy brał go pod pachę i nim doszli zasypiał pod upoconym ramieniem. Brunatna ziemia jest przyjacielem wszystkich. Daje schronienie kretom, dżdżownicom, robaczkom wszelakim, nawet takim jak on sam. Paluchem robił dziurę w ziemi. Twarda i zbita. Twarda jak tyłek, w którego wiecznie się dostaje za winy rodziców i zbita, bo spięta na samą myśl o tych pieszczotach. Ale pachnie życiem, nawet takim życiem...smutnym.

Dlaczego babcia jeszcze nie umarła? Męczy się okrutnie, cierpi strasznie, ale żyje...opowiadała kiedyś, jak jako nastolatka schroniła się w kopcu na kartofle, bo szli bolszewicy. Mama ją tam wsadziła i przykryła ziemią. Robaki chodziły jej po całym ciele, gnijące ziemniaki poprzylepiały się do rąk i do twarzy, ale pies nie wyczuł zapachu człowieka. Uratowała się. Do tej pory pamięta ten zapach, gdy struże kartofle. Pamięta zapach nowego życia, mimo że gnijące – do tej pory wspomina prababkę i płacze.

Pociągnął mocniej nosem przylepionym do ziemi, gdy nagle poczuł na plecach ciężki bucior, który nie pozwolił mu się ruszyć.

-        Idiota, zagląda do dziury w ziemi.

-        Mówiłem ci, że jest porąbany. Wszyscy mówią, że ma nierówno pod sufitem. Nada się?

-        No nie wiem, gówniarz, może stchórzyć.

-        E tam, niejedno już skubnął. Stary doi rodzinę, nie mają kasy, na pewno będzie chciał zarobić.

-        Gówniarz. Potrzebujemy jednego na czaty.

Bucior ustąpił i powoli odwróciwszy twarz zobaczył tego, który puszczał w stronę jego siostry niewybredne żarty. Łysy i chudy śmierdział zapchloną knajpą, z gęby mu cuchnęło. Nie żeby był czyścioszkiem. Nieraz zasnął w azylu i sam woniał, ale zaraz potem jajka mył. Ten na pewno miał mendy.

-        Jutro mamy robotę. Chcesz zarobić? Kumplowi psy najechali na ogon i posiedzi parę miesięcy.

Jak się nie zgodzi obiją go, jak się zgodzi, znów będzie jatka w domu, bo prędzej, czy później wyjdzie to na jaw. Zgodził się.

-        Szczegóły jutro o 22. Tu. Ale wiesz?

Wiedział. Pary z gęby. O to nie było trudno.

Leżała w łóżku. Miała gorączkę. Obita twarz miała kolor dojrzałej śliwki. Powietrze w domu miało gęstość oleju bez tłoczenia.

Ten od zarabiania kasy wiecznie do niej rzucał „dziwka” i pluł na podłogę. Się święty Franciszek znalazł. Dlaczego Franciszek? Na polskim jakieś „Kwiatki” jego autorstwa omawiali. Banię dostał, bo zaczął o bratkach i stokrotkach opowiadać, gdy babka od polskiego zapytała go, o jakie kwiatki chodzi. W sumie to nie miała racji. Gdyby się temu przyjrzeć to stokrotki są zajebiaszcze i święty taki był, bratki zaś wskazują na to, iż jak kumpel dzieli się piwem to odmawiać nie można, a przecież się nie odmawiał kontaktów z innymi, nawet wilka przekabacił. Ale nie bardzo jej to do gustu przemówiło.

Po kantorze dostał dwie stówki. Oki, całkiem całkiem, jak na czaty. Poklepali go po plecach i klapsnęli w gębę. To mi wyróżnienie.

Babcia trafiła do szpitala. Nie było pieniędzy na leki. Mama z opieki dostawała niewiele, gąb do wyżywienia wiele. Dobrze, że siostra dostała stypendium naukowe, to chociaż ona sobie swoimi gospodarzyła. Ale stary ją któregoś dnia okradł. Gdy mu wyrzygała w twarz, że jest skurwysynem i złodziejem to tak ją walnął, że straciła przytomność. Matka ocuciła ją, ale awantura trwała. Późno w nocy dopiero się uspokoiło.

Siora nie opowiadała nikomu, dlaczego nad jej głową rozpostarła się granatowa chmura. Przez przypadek dorwał jej pamiętnik. „Maciek chciał mnie bronić, ale skopali go bardzo. Zaciągnęli mnie pod wiadukt. Tam rzucili na kupę śmierdzących szmat i ...pamiętam tylko, że zabolało. Obudziłam się w nocy i nie mogłam się ruszyć. Było mi potwornie zimno i bolał mnie każdy kawałek ciała.” Już wiedział.

Szedł w stronę azylu jak koń, nie patrząc na ścieżkę, na pamięć, ciągle mając szeroko otwarte oczy. Był jak we mgle. Odgłosy rzeczywistości docierały do niego w zwolnionym tempie i przygłuszone, jakby przez chustkę zarzuconą na usta. Dopiero cichy krzyk go otrzeźwił. W azylu siedział dziewczyna, którą ostatnio widział na CPN-ie. Obmywała się jakąś szmatą. Ciało miał posiniaczone i zakrwawione, usta spuchnięte, włosy potargane. Patrzyła na niego wystraszonymi oczyma i próbowała się wycofać w wyższe trawy.

Usiadł bez słowa. Przez chwilę patrzyli na siebie. Ona drżąc, on z uwagą. Nie wiedział, jak zachować się w takiej sytuacji. Przed chwilą od niej uciekł. Nie wiedział, co powiedzieć. Z siostrą mało rozmawiał. Raczej się kłócił. Nić porozumienia zawiązywała się tylko podczas batalii z moczymordą zarabiającym na pieniądze? Ale raczej porozumiewali się bez słów.

Położył się. Niebo przecinały jasne punkciki niczym spadające gwiazdy. Najpierw dwa. Minęły się, potem patrzył, pod jakim kątem fruną kolejne i czekał na ten moment, kiedy się zetkną i niebo zabłyśnie feerią jarzących się kropeczek. Ale rozczarował się. Światełka mijały się zawsze perfekcyjnie poruszając się po swoim torze.

Już wiedział. Rozumiał już te sygnały. Nie puszyste ogony wypisywały sentencję. One mu pokazywały teraz, w ciemności, że każdy jest sam. Jego, jak mówili, debilny mózg, kretyńskie rozumowanie piętnastolatka, który jest opóźniony w rozwoju, bo repetował już dwa razy i nie rozumiał, że bez pracy nie ma żarcia, zrozumiał. Żyjemy obok siebie. Każdy jest takim światełkiem, które podąża naprzód po swoim torze. Jeden podąża szybciej, drugi wolniej. A jak się spotkają – jest – katastrofa. Ale przecież ktoś czuwa nad tym, by tak się  nie stało.

Wyciągnął rękę w stronę dziewczyny. Ta skuliła się w sobie. Chciał jej tylko dotknąć. Nie spróbował po raz drugi. Uciekł.

Uciekał często. Uciekał zawsze. Przerażały go ciemne kolory. Czerń, granat, fiolet kojarzyły mu się z ciężką atmosferą domu. Krzykami, plaśnięciami i tym, co po nich przez długie dni zdobiło twarz mamy bądź siostry. Jego myśli wracały do brzoskwini. Kiedyś, gdy urwał ją z drzewa, przytulił do twarzy. Skórka na początku trochę cierpka, szybko przylgnęła do jego włosków na twarzy. Dotyk przypomniał mu pocałunki mamy, rękę troskliwej siostry, która uczyła się chodzić razem z nim, czy babcine poklepywanie po policzku, gdy zjadł obiad. Tak było. Było.

Kręcił się wokół domu. Było już dosyć późno. Robiło się chłodno i skoro nie mógł być w swoim azylu, wolał przycupnąć w jakimś ochraniającym go od wiatru i deszczu pomieszczeniu. Wszedł do domu z pomysłem pójścia do piwnicy. Ale dosłyszał kwilenie maleństwa. Z kuchni dobiegały klaśnięcia i jęki. Zajrzał przez szpary w drzwiach. Matka leżała na stole, a skurwysyn ją okładał. Maleństwo leżało w wózku i płakało.

Wszedł do kuchni i wdepnął w coś mokrego. Poczuł się, jak w środku fabuły jakiegoś filmu. Potem przypominał sobie godzinami coś, co stało się w ciągu kilku sekund. Nie wiedział, skąd miał tyle siły. A może skurwiel już był zmęczony boksowaniem mamy? A może był zaskoczony, że ktoś odważył się przeszkodzić?

Odepchnął go pod ścianę. Chwycił taboret i rzucił nim w stronę śliniącego się skurwysyna. Uchylił się. Ale młody nie przymierzał się, nie wyczekiwał. Ręce same mu poleciały. One nie zawsze były mu posłuszne. Chwycił go za bety i popchnął z całej siły w stronę okna. Okno, otworzone gwałtownie ciałem rzuconego mężczyzny wpuściło chłód jesiennej nocy i powitało ją setkami swych odłamków. Wiele z nich utkwiło w ciele tego, który zawisł na parapecie.

Wiedział, że aby cokolwiek zrobić, musi użyć wszystkich swoich sił. A nie było to łatwe. Trudno mu się było utrzymać na nogach, a ręce miał jak z ołowiu, chwytając ojczyma za bety czuł, jakby dźwigał tony węgla, jak dźwig. Nienaturalny ciężar złych uczuć i krzywdy, z którą musiał sobie poradzić.

Trudno mu było o tym opowiedzieć. Nie pamiętał szczegółów. Powtarzał już tyle razy, że nie mógł poradzić sobie z rękami i gęste powietrze mu przeszkadzało…czego od niego chcą?

Teraz jest spokój. Mama jest z maleństwem szczęśliwa. Już nie będzie koloru fioletowego na jej twarzy. To nie jest kolor życia. Kolorem życia jest zieleń, czerwień, żółć, błękit oraz smak i zapach brzoskwini i ziemi. Niech mnie przytuli, ogarnie, dotknie twarzy skibą świeżo zradloną.

Jego wielki fiołkowe oczy wpatrywały się w sufit. Niewiele słyszał z tego, co mówili. Stał spokojnie podczas aresztowania, był spokojny podczas rozprawy, spokój nie opuszczał go przy wyroku. Wiedział już, dlaczego tak latały mu ręce. Przypomniał sobie. To od momentu, od kiedy ojciec robił go mężczyzną. Przypalał go papierosami, gdzie się dało. A on się bronił. Nawet bił. Chciał bić, by się obronić. …..

Przypomniał sobie dwa krety, które czyniły walkę o swoje terytorium. A może to nie była walka tylko gesty miłości? Otaczał go granat, czasami dominowała purpura. Gdy dowiedział się, że siora popełniła samobójstwo, świat stracił kolory. Czarno – biały, niemy film. Do tej pory myślał, że to taka maniera jest. Ale nie. To wewnętrzny wyraz patrzącego. Żadna maniera. Patrzy, ale nie widzi. Pusto. Zniknęły kolory, zniknęły doznania. Ale ręce też już nie latają. Uff.

 

Jolanta Kapica (opublikowano 10 maja 2013 r.)